Aparat fotograficzny, kamera i fajka, to były stałe atrybuty Henryka Lehnerta

Monika Pawłowska
Monika Pawłowska
Fajeczka i kamera na ramieniu, to były nieodzowne atrybuty znakomitego oświęcimskiego filmowca Henryka Lehnerta, ślusarza amatora - jak sam o sobie zwykł mówić
Fajeczka i kamera na ramieniu, to były nieodzowne atrybuty znakomitego oświęcimskiego filmowca Henryka Lehnerta, ślusarza amatora - jak sam o sobie zwykł mówić Arch. rodzinne
Pojawiał się z kamerą zawsze tam, gdzie działo się coś ważnego. Rejestrował na taśmie filmowej życie miasta, powiatu oświęcimskiego i zakładów chemicznych. Trafił do Księgi Rekordów Guinessa za zrealizowanie największej liczy filmów na świecie.

Zawsze blisko ludzi. Potrafił słuchać, ale też był doskonałym gawędziarzem. Uwielbiał podróżować i chodzić po górach. Być duszą towarzystwa, ale również mentorem. Nigdy nie uskarżał się, że za mało zarabia, że mu niewygodnie w jednopokojowym mieszkaniu, albo że zdrowie szwankuje. Odszedł mając 72 lata, 22 czerwca 2006r. A przecież pochodził z długowiecznej rodziny.

Chłopiec z folwarku

Henryk Lehnert urodził się 8 marca 1934 r. w tzw. Borku w podoświęcimskich Dworach, w majątku Hallerów. Ojciec Stefan, z pochodzenia Niemiec sudecki był kolejarzem. W czasach zaborów służył w armii austriackiej w Krakowie. Jako fachowiec od wszystkiego został zatrudniony przez rodzinę Hallerów w folwarku, w którym pracował przez długie lata. Matka Stanisława, młodsza od swojego męża o 23 lata, zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci.

- Rodzice wychowywali nas w duchu patriotycznym, uczyli godności wobec drugiego człowieka. Zaszczepili w nas wiarę w Boga, którą traktuję, jako bezcenny dar - wspomina Henryk Lehnert w książce „Kamerą i pasją” Mirosława Tokarza.

Mały Henio uwielbiał opowieści ojca o przygodach, które spotkały go podczas wędrówki przez Austro-Węgry. Po wielu latach, gdy nie mógł spać, ale też w trudnych chwilach przypominał sobie opowieści ojca. Kiedy dorósł, sam stał się wędrowcem. Odwiedził 34 kraje w czasach, kiedy podróżowanie nie było proste i tanie. Gdy inni zaciągali kredyty na budowę domów, on pożyczał pieniądze na podróże, aparat fotograficzny i kamerę.

Chłopiec z aparatem

Już w wieku 15 lat Henryk Lehnert zainteresował się fotografią. Kolega zaprosił go do ciemni i pokazał cały proces powstawania zdjęć. Henryk postarał się o aparat harmonijkowy i sam zrobił powiększalnik. Pierwszy profesjonalny aparat fotograficzny Kodaka, dostał od wujka. Niestety obiektyw był porysowany, przez co zdjęcia były kiepskiej jakości. „Ratował” je w zakładzie fotograficznym Andrzej Janczukowski. To on widząc zainteresowanie Henryka fotografią, pożyczył mu swoją „Leica”. Niestety pech sprawił, że aparat uszkodził się podczas eskapady na Mazury.

Wyrozumiały fotograf naprawił szkodę a młodemu Henrykowi zaproponował kupno szczytów techniki - aparatu „Zorka”. Nastolatek spłacał go w ratach przez kilka miesięcy.
Kiedy po raz pierwszy został tatą chciał, by jego obrazy ruszały się. Znowu poszedł do zaprzyjaźnionego fotografa, by pożyczyć pieniądze na kamerę. Kupił „Pentaka” 8 mm produkcji „enerdowskiej”. Przeszedł szybki kurs filmowania i tak rozpoczęła się jego przygoda z filmem amatorskim, choć przez filmowców uważany jest za mistrza. Opracowanej przez niego techniki animacji zwanej „zdjęciami rwanymi” uczą się studenci Łódzkiej Szkoły Filmowej.

Filmowy debiut „Przygody myśliwego Walka” powstał w 1962 r. Wciągnął się. W ciągu 44 lat pracy zrealizował 388 filmów amatorskich, za które otrzymał ponad 406 nagród i wyróżnień na krajowych i międzynarodowych festiwalach filmów nieprofesjonalnych. Jak dotąd, nikt nie pobił tego rekordu.

Mężczyzna z fajeczką

W Zakładach Chemicznych Oświęcim, gdzie Henryk Lehnert był ślusarzem remontowym, pracował Marian Żmuda. Obu panów połączyła pasja filmowania. Kolega namówił szwagra Mariana Koima z Bielska-Białej, do założenia Amatorskiego Klubu Filmowego „Chemik” w oddanym do użytku w 1962 r. Zakładowym Domu Kultury.
Klub przyciągał dziesiątki młodych ludzi.

- Moja starsza siostra chodziła na zajęcia do klubu. Pewnego dnia dałam jej się namówić, poszłam i zostałam... żoną Henryka - śmieje się Wiesława Lehnert. - Połączyła nas pasja filmowania i chodzenia po górach. To zainteresowanie odziedziczyła nasza córa Katarzyna. Pierwszy raz wzięliśmy ją na wycieczkę kiedy miała trzy lata - wspomina.

Jak przekonuje, różnica wieku (15 lat) nie miała znaczenia. Henryk ujął ją dowcipem, spokojem i gawędziarstwem.
- Zawsze pamiętał o urodzinach, kolejnych rocznicach ślubu czy Dniu Kobiet - mówi Wiesława Lehnert. 8 marca wszystkie panie w domu kultury obdarowywał pomadkami - dodaje.

- Tata był osobą wyjątkową. Miał artystyczną duszę, otwarty umysł, do ostatnich dni swojego życia był młody duchem i pewnie dlatego ciągnęli do niego młodzi ludzie, z którymi znakomicie się dogadywał - wyznaje córka Katarzyna Lehnert. - Cieszę się, że było mi dane być córką Henryka Lehnerta. Był dobrym ojcem, zostawiał mi dużo swobody, nic nie narzucał, a raczej wspierał i sekundował w moich decyzjach i wyborach. Nie brakowało nam tematów do rozmów, chętnie dzielił się ze mną swoimi radościami i troskami - dodaje.

Autorytet do naśladowania

Wojciech Wikarek z Tychów, dziś emerytowany górnik z „Piasta” należał do tamtejszego AKF-u. Spotkał legendę filmu amatorskiego w latach 90-tych na jakimś festiwalu w Polsce.

- Był ode mnie starszy, czułem ojcowską rękę i wiedziałem, że przy nim nie stanie mi się żadna krzywda - wspomina Wojciech Wikarek. - Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. Na każdym festiwalu meldowaliśmy się w jednym hotelowym pokoju - dodaje.
Wieczorem przepijali „brudzia”, a rano znowu był pan Henryk. - Nie odważyłem się nigdy powiedzieć mu per ty z szacunku - mówi Wojciech Wikarek.

Odwiedzał go często w ZDK (dzisiejsze Oświęcimskie Centrum Kultury). Od progu wiedział, czy pan Henryk jest w pracy. Znakiem rozpoznawczym był zapach tytoniu roznoszący się po korytarzach. Henryk Lehnert zbierał myśli i relaksował się pykając z fajeczki.

Wojciech Wikarek czerpał pełnymi garściami z wiedzy i doświadczenia swojego mistrza. Ale też dzielił się swoją. Przejście z taśmy celuloidowej na wideo, było dla pana Henryka nie lada wyzwaniem.
Kamerę dostał w prezencie od brata z Ameryki. I mimo wcześniej niechęci przekonał się do kolejnego cudu techniki. Uczył warsztatu kolejne pokolenie młodych ludzi.

W 2001 r. trafił do AKF-u Mirosław Tokarz.
- Pod kierunkiem mistrza „szlifowaliśmy” warsztat filmowy. Dał się on poznać również jako doskonały psycholog - wspomina autor książki o Lehnercie. - Jego ciekawość świata i natura poznawcza imponowały mi… i dalej imponuje.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

S
Smutek
Przypomina mi Józefa Stalina z fajką .
Dodaj ogłoszenie