Łukasz Garlicki z pasją podchodził do futbolu. Najpierw jako zawodnik, potem w roli kierownika drużyny. Mówi jednak „dość”

Jerzy Zaborski
Jerzy Zaborski
Łukasz Garlicki (drugi z prawej) został uroczyście pożegnany przez działaczy klubu z Jawiszowic oraz głównego sponsora, Krzysztofa Łysonia.
Łukasz Garlicki (drugi z prawej) został uroczyście pożegnany przez działaczy klubu z Jawiszowic oraz głównego sponsora, Krzysztofa Łysonia. Jerzy Zaborski
Udostępnij:
Rozmowa z ŁUKASZEM GARLICKIM, który po 12 latach pełnienia funkcji kierownika drużyny LKS Jawiszowice, zdecydował się odejść od futbolu. Zrobił to w finale Pucharu Polski oświęcimskiego podokręgu.

Pożegnanie kierownika drużyny LKS Jawiszowice przy okazji finału Pucharu Polski oświęcimskiego podokręgu to szczególne docenienie pana pracy przez klubowych działaczy. Ma pan podobne odczucia?
Podobno chłopaki nie płaczą, ale przy takiej okazji, czyli rozbratu z futbolem, łza się w oku zakręciła. Trudno opanować emocje. Cóż, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. W moim życiu zmieniły się priorytety. Sprawy osobiste nie pozwalają mi angażować się w sprawy seniorskiej drużyny piłkarskiej Jawiszowic w takim stopniu, jak to robiłem w ostatnich latach. Nie lubię odstawiać fuszerki, więc podjąłem trudną dla mnie decyzję odsunięcia się od futbolu.

Termin wyboru pożegnania nie był chyba przypadkowy?
W swojej przygodzie z pierwszym zespołem nie było mi dane walczyć w finale Pucharu Polski na szczeblu oświęcimskiego podokręgu. To takie małe ukoronowanie mojej pracy w Jawiszowicach.

Być może wielu kibicom wydaje się, że funkcja kierownika drużyny piłkarskiej wiąże się tylko z przyjściem na mecz seniorów i do domu. Mógłby pan przybliżyć kibicom swój charakter pracy?
Wydaje mi się, że w małych klubach piłkarskich mogą działać tylko ludzie z pasją. Nie mówię tylko o sobie, ale także i innych. Wszystko trzeba zrobić dzięki niesamowitemu zaangażowaniu. Kierownikiem byłem w trakcie spotkań mistrzowskich. Trzeba było jednak jechać z drużyną także na mecze kontrolne. Okresem wytężonej pracy był okres przygotowawczy, w którym trzeba rejestrować nowych zawodników. To była niezwykle stresująca praca. Niejednokrotnie kluby do ostatniego dnia przed zamknięciem okienka transferowego targowały się o zawodnika, a - kiedy między nimi wszystko zostało załatwione – brałem sprawy w swoje ręce, żeby uprawnić chłopaka do gry. Gdybym tego nie zrobił przed pierwszym meczem ligowym, groziłaby nam utrata punktów walkowerem w przypadku wstawienia go do składu meczowego. Brak nowych zawodników w meczu, to mniejsze pole manewru dla trenera. Poza tym, trzeba było umieć pogodzić obowiązki kierownika z pracą zawodową, w trybie trzyzmianowym. Niejednokrotnie musiałem sporo się nagłówkować, żeby być z drużyną w meczach rozgrywanych w połowie tygodnia. Trzeba było wziąć urlop. Liczyć na łaskawość przełożonych, żeby wcześniej „urwać” się z pracy, czy starać się zamienić z jakimś kolegą.

No i do tego dochodzi stres związany z przebiegiem meczu. Niejednokrotnie widziałem pana na ławce w „gorącą głową”.
Każdy mecz wywołuje niesamowite emocje, choć niektórym wydaje się, że to tylko lokalne rozgrywki piłkarskie. Jak już sędziowie na boisku zaczęli się mylić, wtedy trudno opanować emocje.

I był pan usuwany z ławki rezerwowych?
W mojej przygodzie z funkcją kierownika, dwukrotnie zdarzyło mi się „wylecieć” z ławki rezerwowych. Raz zdarzyło mi się to w klasie okręgowej, w Białce. Z kolei na czwartoligowych boiskach sędzia usunął mnie z boiska w Giebułtowie. Przyznam, że bardziej „gotowałem” się na ławce rezerwowych na początku swojej pracy kierownika. Z czasem starałem się panować nad emocjami, ale czasem, mimo szczerych chęci, było to ponad moje siły.

Jakie relacje miał pan z sędziami?
Jak w życiu, jedni mnie irytowali, z innymi miałem bardzo dobre relacje. Jednak staram się zachować w pamięci tylko dobre chwile.

Będąc z drużyną seniorów musiał pan przeżyć także miłe chwile.
Na pewno w pamięci zapadną mi awanse. W 2016 roku świętowaliśmy awans do klasy okręgowej, a dwa lata później do czwartej ligi. Awans na szczebel wojewódzki wywalczyliśmy w wielkim stylu, bo zespół doznał tylko jednej porażki w sezonie. To był wynik na skalę krajową.

Rozumiem, że przy pierwszej drużynie nie znalazł się pan przypadkowo…
Przygodę w grupach młodzieżowych Jawiszowic zaczynałem w 1996 roku. Po skończeniu wieku juniora zacząłem treningi z pierwszym zespołem. Byłem bramkarzem. Jednak w 2006 roku upomniało się o mnie wojsko. Dla młodego pokolenia zasadnicza służba wojskowa brzmi jak science fiction. Po powrocie z wojska zacząłem pracować przy pierwszym zespole jako pomoc medyczna. Wobec pogarszającego się stanu zdrowia śp. Andrzeja Przemyka, przejąłem obowiązki kierownika drużyny. I tak już zostało.

Czy to definitywny koniec przygody z futbolem?
Podobno nigdy nie wolno mówić „nigdy”. Może, jeśli za jakiś czas ułożę swoje sprawy osobiste, a klub będzie mnie potrzebował, to kto wie...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie